Z niecierpliwością czekałam
w tym roku na rozpoczęcie sezonu driftingowego. Po odpuszczeniu na rzecz
obowiązków przejażdżki na Tor Jastrząb mój apetyt na drift w wydaniu ”na
żywo” zdecydowanie wzrósł, a zawody na Torze Poznań to dla mnie zawsze wielka
radość. Tym razem nie miałam okazji jednak pobawić się w Lewisa Hamiltona
zdobywającego kolejne pole position, ponieważ na miejsce zostałam eskortowana przez
Nissana S13 wcześniej nieznanym mi wjazdem dla ludzi w czerwonych,
odblaskowych kamizelkach. Nie powiem, przyjemnie było zostawić samochód tak
blisko.
Na Torze Poznań zmieniły się
nieco porządki. Moi pasażerowie zostali cofnięci przed wejściem z powodu
zapasów zupy chmielowej, co wcześniej się nie zdarzało, a właściciele toru
zażyczyli sobie, żeby poustawiać potężne bariery z opon w celu...
ochronienia świeżo posianej trawy. Jak się potem okazało, trawniki i tak nie pozostały w nienaruszonym stanie, a opony stworzyły duże zagrożenie dla kierowców i ich
maszyn. Brawo dla tych państwa za świetne pomysły.
Przejście parku maszyn i rzucenie
okiem na wszystkie stojące w nim pojazdy zajęło mi... jakieś pięć minut.
Niestety, na pierwszą rundę Driftingowych Mistrzostw Polski przybyło zaledwie
22. zawodników (23. z Radkiem Dąbrowskim, któremu rozpadła się skrzynia
przed rozpoczęciem zawodów) i park maszyn prezentował się bardzo biednie
i pusto. Cóż, pozostaje znaleźć jakieś lepsze strony.
Publiczność na Torze Poznań jak zawsze dopisała. Były kocyki, grille oraz przemycana zupa chmielowa. Były tony dresowozów na podjeździe oraz ich właścicieli w białych skarpetkach wystających z przykrótkich, ortalionowych garniturów. Stawiły się również panie w szpilkach dzielnie wspinające się po nasypie służącym jako trybuny. Krótko mówiąc, kibice jak zwykle się spisali na szóstkę!
Wracając do strony merytorycznej
zawodów - ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam Piotra Więcka śmigającego wreszcie
w R34. Powoli zaczynałam zastanawiać się czy to nie jest samochód-widmo
i czy kiedykolwiek wreszcie zacznie nim na stałe jeździć. Doczekałam się!
I to w jakim stylu...
Maciej Wodziński zachwycił mnie
(sądząc po komentarzach pojawiających się po zawodach nie tylko mnie) nowym
oklejeniem swojego samochodu. Dodało mu wiele uroku, wszystko ze smakiem
i w gruncie rzeczy bardzo proste. I jakie piękne! Wreszcie jego
samochód wygląda również dobrze na zdjęciach, bo niestety bardzo ciężko
fotografuje mi się białe auta.
Idąc w drugą stronę –
najśmieszniejszym samochodem była niewidoma Supra Macieja Jarkiewicza. Żartom
i uszczypliwym komentarzom nie było końca, również z mojej strony.
Mam nadzieję, że auto zostanie dopracowane i wykończone z poszanowaniem
wyglądu oryginalnej konstrukcji, bo zapowiada się i tak dużo lepiej niż
wydawało mi się po zdjęciach umieszczanych wcześniej w sieci. Mam
nadzieję, że Supra przejrzy na oczy... ;)
Z powodu długiej przerwy pomiędzy
treningami, a rozpoczęciem Finału B trzeba było sobie zaanimować czas i dzięki
temu miałam okazję do pierwszej przejażdżki na tylnym siedzeniu Nissana S13
z paczką pomarańczowych delicji na kolanach i zmiażdżonymi stopami
pod przednim fotelem. Niemniej, było to bardzo przyjemne i radosne
doświadczenie. Z pełnym brzuszkiem mogłam spokojnie wrócić na tor
i zabrać się za pracę dalsze obijanie się, tym razem na wieży
sędziowskiej.
Kiedy ja i mój lęk wysokości
wdrapaliśmy się wreszcie na wieżę, postanowiliśmy, że bezpiecznie będzie zostać
tam już do końca zawodów. Do obserwacji było to idealne miejsce, nieco mniej
idealne do robienia zdjęć, ale jak zawsze uznałam to za sprawę mniej
priorytetową.
Do teraz mam w pamięci piękne
przejazdy Wodzińskiego z Więckiem, nie tylko ze względu na technikę, ale urodę aut do podziwiania w duecie. Jeszcze lepsze widowisko
stworzyli Więcek z Włodarem agresywnie walcząc w każdym kolejnym
przejeździe (aż cztery ze względu na dogrywkę). Wszystkie pojedynki od etapu
Top4 były bardzo emocjonujące, a paszcza sama układała się w szeroki
uśmiech. Symboliczne piwko na torze zostało wypite, szampan na koniec rozlany,
a w powrocie cieszyliśmy się całym mnóstwem wyśmienitych hitów, jakie
zostawił w moim odtwarzaczu Sobol.
Niecierpliwie czekam na majówkę, którą spędzę z przyjaciółmi i znajomymi w Toruniu podczas Drift Open. Liczę na dużą ilość słońca, sympatycznego grilla i wygrzewanie się na kocyku przy akompaniamencie ryczących silników i zapachu palonej gumy. Wtedy będzie idealnie.
Zapraszam do obejrzenia jeszcze kilku zdjęć, a jeśli chcecie przeczytać bardziej merytoryczną relację w moim wykonaniu, klikajcie pod adres odświeżonego DriftBlog.pl